MASSIMO BRACCIALINI: WOLNOść KREACJI W DUCHU CARLI BRACCIALINI.
![]() BRIC'S |
![]() M*BRC |
![]() BRIC'S |
![]() TOD'S |
![]() BRIC'S |
Wywiad z Massimo BraccialinimElegancja, pamięć, tożsamość. Niektóre historie mody nie opowiadają wyłącznie o dodatkach czy stylu, lecz o wizji, charakterze i wrażliwości. Historia Massimo Braccialiniego narodziła się w jednej z wielkich włoskich rodzin kreatywnych i z czasem odnalazła własny głos — osobisty, autentyczny i współczesny. Dorastając u boku Carli Braccialini, ikonicznej postaci włoskiego designu, Massimo poznawał modę od środka: poprzez intuicję, dyscyplinę, poszukiwanie i wolność ekspresji. Po wielu latach pracy w rodzinnej firmie zdecydował się pójść własną, niezależną drogą, nadal interpretując świat galanterii skórzanej przez pryzmat osobistej wizji, jakości, emocji i dbałości o detal. W tej rozmowie wraca do wspomnień z dzieciństwa, opowiada o więzi z matką, o lekcjach, które ukształtowały jego życie, oraz o wizji, która dziś nadaje kształt jego kreatywnemu uniwersum.
W mediach społecznościowych ludzie czasem pytają: „Kim jest Massimo Braccialini?”. Jak odpowiedziałby Pan na to pytanie? Massimo Braccialini to człowiek, który przede wszystkim kocha życie, a potem tak bardzo kocha swoją pracę, że na często zadawane pytanie „Jakie jest twoje hobby?” odpowiadam: moim hobby jest moja praca. Może brzmi to nietypowo, ale kiedy naprawdę pasjonuje cię to, co robisz, odnajdujesz w tym ogromne spełnienie. W wolnym czasie często podróżuję, a to pomaga mi oczyścić umysł z codzienności i uwolnić wyobraźnię oraz kreatywność. Minęło już ponad czterdzieści lat, odkąd rozpocząłem tę drogę — najpierw jako projektant, później jako menedżer — a mimo to wciąż potrafię zachować ten sam entuzjazm, który miałem na początku. Z natury jestem ciekawy świata. Lubię obserwować to, co dzieje się wokół, i próbować zrozumieć, jak zmienia się styl życia ludzi, szczególnie kobiet, jak ewoluują obyczaje, społeczeństwo i oczywiście moda. Staram się wychwytywać każdy sygnał zmiany. I być może dlatego, że urodziłem się w tym świecie, moda nadal mnie fascynuje. Ogólnie nie znoszę banalności i uniformizacji. Uważam też, że kreatywność, nawet jeśli jest czymś wrodzonym, zawsze trzeba pielęgnować: rozwija wrażliwość, której wszyscy potrzebujemy. Jakie wspomnienia zachował Pan z dzieciństwa spędzonego u boku Carli Braccialini? Moje dzieciństwo u boku matki jest pełne wspomnień. W tamtych czasach często zabierała mnie ze sobą, kiedy pracowała, a ja zawsze z zachwytem patrzyłem, jak z ogromnym mistrzostwem i kreatywnością rodzą się produkty, które z czasem zmieniały się niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zawsze poruszała mnie także piękna relacja, jaką miała ze swoimi dostawcami i pracownikami. Bez wątpienia była kobietą o silnym charakterze, ale wszyscy ją cenili i darzyli ogromnym uczuciem oraz szacunkiem. Myślę, że po części wynikało to również z faktu, że w tamtych czasach nie było wielu kobiet projektantek i przedsiębiorczyń. Widziałem, jak przechodziła przez piękne i trudne chwile, ale zawsze potrafiła je pokonywać z niezwykłym duchem. Pamiętam okres powodzi z 1958 roku we Florencji, kiedy firma została zmieciona przez żywioł Arno i wszystko przepadło... Ale ona, razem z moim ojcem, z ogromną determinacją zaczęła od nowa. To nie były łatwe czasy, lecz ja nie przeżywałem ich jako dramatu.
Roberto Braccialini z dziećmi, 1973 Już od dzieciństwa zabierała mnie ze sobą do Paryża lub Londynu na poszukiwania i badania, a ja towarzyszyłem jej z ogromnym entuzjazmem. Oczywiście jako matka bywała czasem surowa, ale przekazała mi wielką życiową lekcję: ducha wolności, który później naznaczył całe moje życie. I wreszcie... pocałunek na dobranoc: piękne, niezatarte wspomnienie. Czy Pana droga w modzie i w rodzinnej firmie była naturalną kontynuacją historii rodziny? Czy może w pewnym momencie myślał Pan o wyborze zupełnie innego zawodu? Prawdę mówiąc, w młodości myślałem tylko o pięknym życiu — byłem trochę jak mały książę! Ale po śmierci ojca, kiedy dopiero co osiągnąłem pełnoletność, zrozumiałem, że otwiera się przede mną bardzo ważna droga. W firmie powstała pustka i dlatego moim marzeniem bardzo szybko stała się praca.
Carla Braccialini z dziećmi w sali próbek fabryki przy Via Pio Rayna w Coverciano, 1984 Zaraz po zakończeniu nauki natychmiast rozpocząłem pracę w firmie. Pierwszą rzeczą, którą zrozumiałem, było to, że jeśli chciałem spróbować wspierać moją matkę w prowadzeniu przedsiębiorstwa, musiałem koniecznie „nauczyć się rzemiosła”. Zakasałem rękawy i przez około trzy lata pracowałem pod okiem głównego modelarza mojej matki, starając się poznać wszystkie techniki produkcji, zdobywając coraz większe umiejętności i szacunek pracowników — ale przede wszystkim zaufanie mojej matki. Od tego momentu zacząłem ściśle z nią współpracować. Ta współpraca trwała około czterdziestu lat i była niezapomnianym doświadczeniem życiowym. Pracowaliśmy w symbiozie, a każdy projekt, który się rodził, omawialiśmy wspólnie, czasem bardzo żywiołowo.
Po lewej: Massimo Braccialini nad jeziorem Srinagar w Kaszmirze, 1985 / Po prawej: Carla Braccialini podczas podróży do Indii, 1985 Przyznaję, że moja matka w świecie galanterii skórzanej była wizjonerskim geniuszem, czasem może nawet odrobinę szalonym, podczas gdy ja zajmowałem się stroną stylistyczną, ale z bardziej komercyjną wizją. Z tego połączenia narodziło się coś, co — bez fałszywej skromności — zapisało się w historii włoskiej i światowej galanterii skórzanej. Był tylko jeden moment, kiedy pomyślałem, żeby wszystko rzucić: miałem około trzydziestu lat. Po szaleństwie pierwszych lat zrozumiałem, że ta praca wymaga ogromnego ducha poświęcenia i pełnego oddania, czasem nawet kosztem życia osobistego. Moja matka, bardzo pragmatycznie, powiedziała mi: „Doszliśmy aż tutaj i teraz nie możesz już się wycofać!”. Pomyślałem chwilę i postanowiłem iść dalej. Gdybym nie wybrał tej pracy, chciałbym grać muzykę albo poświęcić się fotografii — czym zresztą się zajmowałem i nadal się zajmuję, choć dziś w związku z moją pracą.
Czego nauczyła Pana matka? Jaka najważniejsza lekcja życia stała się Pana własną i towarzyszy Panu do dziś? Myślę, że jedną z najważniejszych lekcji było „nigdy się nie poddawać”. Powiedziałbym: determinacja i wytrwałość, by z siłą i przekonaniem realizować własne idee. Mieć odwagę, by ryzykować — oczywiście mówię o sferze zawodowej. Pamiętam, że w przeszłości były momenty, kiedy część publiczności nie rozumiała jej kreacji. Ale czas okazał się sprzymierzeńcem i dzięki wytrwałości nadszedł zasłużony sukces. A potem było poszukiwanie piękna, klasy, estetyki, osobowości — bez popadania w potrzebę bycia za wszelką cenę w centrum uwagi. Innym ważnym aspektem, który mi przekazała, był świat koloru. Jest on praktycznie nieskończony, a mądrość i umiejętność mieszania lub łączenia barw często robią całą różnicę. I wreszcie oddanie pracy. Praca wykonywana z pasją i miłością nie jest zmęczeniem, lecz bodźcem, by iść naprzód i robić wszystko coraz lepiej. Jak wyglądała Pana droga zawodowa w Braccialini przed stworzeniem własnego projektu? Moja droga zawodowa w Braccialini była bardzo długa. Zawsze zajmowałem się kreatywnością w pełnym zakresie. Nie oznaczało to wyłącznie tworzenia czy wymyślania nowych produktów. Spędzałem wiele czasu w garbarniach, aby poznać techniki garbowania i móc opracowywać nowe skóry oraz nowe metody obróbki, które najlepiej współgrałyby z gustem Braccialini. Wraz z rozwojem firmy potrzeby stale rosły. Przede wszystkim dbałem o to, aby każdy produkt wprowadzany na rynek pod nazwą Braccialini zachowywał tożsamość marki. Opracowaliśmy nieskończoną liczbę produktów, które dla nas były niejako satelitami, ponieważ nie były bezpośrednio związane ze światem galanterii skórzanej, ale stanowiły ważną część biznesu: buty, parasole, apaszki, dzianiny, T-shirty, kostiumy kąpielowe, zegarki, biżuterię modową... aż po kaski motocyklowe. Wszystko musiało mieć smak i charakter marki. Kolejnym bardzo ważnym aspektem był retail. Z czasem zrozumieliśmy, że nie możemy być wyłącznie projektantami i producentami. Jeśli chcieliśmy zaistnieć na rynku włoskim, a przede wszystkim światowym, musieliśmy otwierać sklepy monobrandowe pod własnym nazwiskiem. Pierwsza była oczywiście Florencja, potem Mediolan, następnie Rzym, a później kolejne lokalizacje — aż mieliśmy około dwudziestu punktów sprzedaży we Włoszech. Potem otworzyliśmy Paryż, Londyn, Moskwę, Tokio, Hongkong, Nowy Jork i kolejne największe miasta świata. Myślę, że ostatecznie, między sklepami własnymi a franczyzą, doszliśmy do ponad 200 sklepów na świecie.
Massimo Braccialini w swoim pokoju pracy, 2012 Wiązało się to z ogromną pracą nad projektowaniem layoutów sklepów, które z czasem stale ewoluowały. Również w tym przypadku śledziłem, ukierunkowywałem i nadzorowałem pracę architektów. Bardzo ważna była także strona wizualna. Planowanie kalendarza witryn sklepowych na świecie, a przede wszystkim ich część kreatywna, były zadaniami istotnymi i wymagającymi. Dlatego stworzyliśmy specjalny zespół, który jednak trzeba było osobiście prowadzić, kierować nim i nadzorować. Wszystkie witryny musiały jednocześnie komunikować to, czym w danym momencie był „świat Braccialini”.
Massimo i Lorenzo Braccialini, 2012 Kolejnym ważnym obszarem była komunikacja. Oczywiście stworzyliśmy dział marketingu, który zajmował się planowaniem wszystkich narzędzi reklamowych, ale ja razem z matką odpowiadałem za kreatywną stronę obrazów do kampanii reklamowych, współpracując z wieloma najbardziej cenionymi fotografami i grafikami tamtego czasu. Wszystko musiało być przez nas zdecydowane i zatwierdzone. Często były to prawdziwe porody twórcze... jak tworzenie kolekcji! Mógłbym opowiedzieć o wielu innych działaniach, ale nie chciałbym jeszcze bardziej się rozpisywać. W każdym razie przez wiele lat pełniłem funkcję dyrektora kreatywnego firmy. Dlaczego zdecydował się Pan stworzyć własną markę? Co było główną motywacją, która popchnęła Pana ku niezależnej drodze? Decydujący moment nadszedł, kiedy moja matka, zupełnie słusznie, postanowiła wycofać się z życia zawodowego. Mój projekt narodził się, powiedziałbym, niemal przy biurku. Bardzo dobrze znając świat galanterii skórzanej i analizując go jeszcze uważniej, zadałem sobie pytanie: czego może brakować na rynku, aby odnieść sukces? Odpowiedź była jasna: nowoczesnego produktu, który podążałby za nieustannie ewoluującymi kodami mody; produktu Made in Italy, wykonanego z prawdziwej skóry, dobrej jakości i w dostępnej cenie — ale nigdy kosztem własnej tożsamości i rozpoznawalności.
M*BRC — kolekcja SS 2026 Wyszedłem z założenia, że przedział cenowy powinien być zbliżony do innych marek sprzedawanych w sklepach multibrandowych, które jednak, poza stylem i gustem, oferowały w większości produkty syntetyczne i produkowane w Chinach. Nie jestem bezwarunkowym fanem Made in Italy, ale uważam, że nadal jest ono synonimem jakości i dobrego rzemiosła. Jeśli chodzi o skórę, kultura związana z tym fascynującym materiałem, który ma bardzo ważną historię i tradycję, została dziś niemal całkowicie utracona — i nie będę się teraz nad tym rozwodził. Jest jednak jeden niepodważalny fakt: skóra jest znacznie trwalsza niż materiał syntetyczny czy sztuczna skóra. Jeśli skórzana torebka jest dobrze pielęgnowana, może przetrwać wiele, wiele lat. Torebka syntetyczna ma znacznie krótszą żywotność: z czasem łuszczy się, pęka i źle znosi zmiany temperatury. To oznacza, że „inwestycja” w zakup skórzanej torebki jest o wiele bardziej opłacalna. Często, poza samą inwestycją, wiele klientek przywiązuje się do swojej torebki i chciałoby, aby trwała bez końca... Pewne jest jedno: torebka syntetyczna jest zdecydowanie mniej długowieczna. W ostatnich latach nastąpiła zmiana trendów zakupowych i większa świadomość: klientka końcowa zaczęła rozumieć zasadniczą różnicę między tymi dwoma rzeczami, a to zadziałało na naszą korzyść, przynosząc znaczące uznanie dla naszych produktów na rynku. To jest strona bardziej praktyczna. Ale były też inne motywacje. Podstawową ideą było inne myślenie o tworzeniu kolekcji. W Braccialini byliśmy częściowo uwarunkowani kodami stylistycznymi marki. Ja chciałem iść naprzód bez ograniczeń wynikających z przeszłości i wyrażać się stylistycznie tak, jak czuję... powiedzmy, z większym poczuciem wolności. Oczywiście po tylu latach spędzonych w Braccialini, podczas których stworzyłem wiele udanych linii, logiczne jest, że część tego DNA pozostała przy mnie. Nie mogłoby być inaczej i absolutnie nie wypieram się przeszłości. Ale moją ideą jest właśnie ewolucja poprzez tworzenie nowych i odmiennych produktów. Ponownie wszedłem do gry, a to dało mi wiele nowych bodźców, choć w gruncie rzeczy robię mniej więcej tę samą pracę co wcześniej... ale wszystko się zmieniło! Kiedy rozpocząłem tę nową drogę, moja matka powiedziała mi: „Masz więcej odwagi niż lew”. To napełniło mnie dumą... zwłaszcza dlatego, że powiedziała to właśnie ona... Czym Pana styl jako projektanta różni się od stylu Carli Braccialini? Carla Braccialini zasłynęła na świecie dzięki swoim ikonicznym torebkom o niezwykłej fantazji — torebkom-klejnotom, niemal dziełom sztuki, które mógł wymyślić wyłącznie jej twórczy geniusz. Niektóre z nich wymagały miesięcy dopracowywania. Magiczny świat. Ponadczasowe obiekty. Produkty, które projektuję ja, są w większości przypadków bardziej odpowiednie do codziennego noszenia: dla dynamicznej, nowoczesnej kobiety, która podąża za modą chwili, ale nie staje się jej ofiarą, i która nie chce rezygnować z torebki z osobowością — takiej, która wyróżnia się na tle ogólnej uniformizacji. Co dla Pana liczy się najbardziej w pięknej torebce: idea, forma, kolor, jakość skóry czy emocja, którą potrafi przekazać? Powszechnie wiadomo, że kobieta w większości przypadków kupuje bardziej impulsywnie niż mężczyzna, dlatego emocja jest impulsem uruchamiającym zakup. Ale wszystkie pozostałe elementy są równie ważne. Ideałem jest umiejętność połączenia wszystkich tych cech.
Ostatecznie najważniejsze staje się przywiązanie. Jak opisałby Pan markę M*BRC osobie, która odkrywa ją po raz pierwszy? Świat M*BRC to połączenie konkretu i kreatywności. Nie może istnieć produkt, który nie miałby szczególnych cech. Oczywiście czynnik skóry jest decydujący, ale w każdym modelu musi być wyczuwalny smak unikalności i wartości, mniej lub bardziej wyraźny.
M*BRC — torebki w stylu colour blocking Szczególna obróbka, opracowany lub ozdobiony pasek, smak rzemiosła, metalowy detal, wyjątkowe aplikacje, specjalne techniki pracy ze skórą... wszystko może sprawić, że produkt stanie się rozpoznawalny i zdolny zachwycać. Najbardziej niezwykłe jest to, że w modzie wydaje się, iż wszystko już zostało zrobione. Ale to trochę jak z muzyką: nuty wciąż są te same siedem, a jednak nadal są ludzie, którzy potrafią stworzyć coś nowego. Ja mam ambicję robić to samo z moimi produktami. I nie zapominajmy, że torebka nadal jest produktem wykonywanym rzemieślniczo — co dziś wcale nie jest już takie oczywiste. Co chciałby Pan, aby dziś publiczność wiedziała o Panu — nie tylko jako o synu Carli Braccialini, ale także jako o projektancie z własną tożsamością? Myślę, że cechy stylistyczne ujawniają się „w praktyce”. Dla mnie liczą się nie słowa, lecz fakty. A fakty polegają na tym, by umieć uchwycić upodobania publiczności, zachowując własną tożsamość kreatywną. Przekazywać emocje zgodne z potrzebami potencjalnych klientek. Z zawodowego przyzwyczajenia nie potrafię wyobrazić sobie produktu bez myślenia o kobiecie, która mogłaby go nosić. Dlatego tak ważne jest dla mnie stałe obserwowanie trendów w modzie, ale także — i przede wszystkim — zmieniających się postaw kobiecego świata. Praca z moją matką nigdy nie była relacją podporządkowania. Nazwałbym ją raczej niemal symbiotyczną współpracą. W ramach kolekcji Braccialini powstało wiele linii stworzonych przeze mnie całkowicie samodzielnie, które spotkały się z dużym uznaniem rynku. Wiele lat temu w jednym z wywiadów moja matka powiedziała, że stałem się prawie lepszy od niej... Nigdy tak nie myślałem, ale powiedzmy, że po cichu również czerpałem wielką satysfakcję, widząc uznanie dla produktów, które stworzyłem.
Carla Braccialini z dziećmi podczas uroczystości z okazji jej osiemdziesiątych urodzin Pod względem stylistycznym nigdy nie martwiłem się tym, że jestem synem Carli Braccialini. Przeciwnie: było to dla mnie przyjemnością i zaszczytem, i nigdy nie czułem, by mnie to pomniejszało. Szerokiej publiczności nie wydawało się istotne komunikowanie istnienia dwóch projektantów, a ja zawsze byłem dumny, że to ona była w oczach wszystkich główną bohaterką — również dlatego, że na to zasługiwała, choćby z racji tego, że była założycielką maison, a więc miała do tej roli niekwestionowane prawo. Tak, oczywiście, była Carlą Braccialini. Ale dla mnie była i pozostaje po prostu moją ukochaną mamą, z którą dzieliłem radości i trudności, także zawodowe.
Opowieść Massimo Braccialiniego pozostawia wrażenie dziedzictwa przeżywanego nie jako ciężar, lecz jako wewnętrzna siła. Obok pamięci o Carli Braccialini wyłania się autonomiczny, dojrzały głos, głęboko związany z wartością pracy, wrażliwości i wolności ekspresji. W świecie mody, który nieustannie się zmienia, jego spojrzenie pozostaje wierne temu, co naprawdę ważne: tożsamości, jakości, emocji. I być może właśnie to jest najbardziej elegancką sygnaturą ze wszystkich.
Redakcja: Eugenia M. |

+39
info@air-fashion.com
Zaloguj się



















